31 grudnia 2017

Podsumowanie 2017 roku. Plany na 2018

Nie lubię robić podsumowań roku. Bo każdy Sylwester przybliża do wnętrza złowieszczo pojemnej ziemi. Ale na moim blogu podsumowanie roku to już kilkuletnia tradycja, dlatego spełniam swój obowiązek.

W 2017 roku przeczytałem aż 79 książek. Nie wiem, ile średnio czytałem przed 2015 rokiem (od tamtego roku zacząłem zapisywać przeczytane książki), ale z pewnością jest to mój rekord czytelniczy. Sam jestem zaskoczony tak dużą liczbą książek. Sama ilość nie jest jednak obiektywna, bo jest ogromna różnica między tomikiem zawierającym 40 wierszy a 500-stronną powieścią napisaną małą czcionką. Na mojej liście są zarówno niewielkie tomiki poetyckie, jak i pozycje prozy sporych rozmiarów.

Zawsze jest tak, że coś odbywa się kosztem czegoś. Zawsze. W 2017 roku przeczytałem rekordową liczbę książek, ale z kolei na blogu pojawiło się rekordowo mało postów. 
Przez pierwsze kilkadziesiąt miesięcy blog był moją największą pasją. Nie mogłem bez niego żyć. Teraz dalej go lubię, ale jesteśmy trochę jak długoletnie małżeństwo. Brakuje tego ognia.

Jakie mam plany na 2018 rok?

Jednym z głównych planów jest nauczenie się angielskiego, tak żeby swobodniej się nim posługiwać. Miałem angielski w liceum i na początku studiów, ale uczyłem się go tylko na tyle, by dostać określoną ocenę i zaliczyć następny semestr. Teraz tego żałuję.
Nie pracowałem nigdy za granicą, a to też ma ogromne znaczenie w posługiwaniu się obcym językiem. Mam spore zaległości, ale postaram się je nadrobić. Wtedy mógłbym starać się o lepszą pracę, co byłoby kolejnym celem na przyszły rok.

Życzę Wam wszystkim realizacji marzeń w nowym roku :)

20 grudnia 2017

Praca w korpo, czyli współczesne niewolnictwo

Pracowałem kiedyś w korporacji. Na początku wydawało mi się, że jest to praca marzeń. Ściśle określony czas pracy, od poniedziałku do piątku, od 8.00 do 16.00, wszystkie weekendy wolne. Pensja co prawda tylko 1.500 zł na miesiąc, ale szefowie zapewniali, że premie za dobre wyniki wynoszą nawet 3.000 zł na rękę miesięcznie. Nie ukrywam, że byłem tym mocno podjarany.

Już po kilku dniach pracy przeżyłem brutalne zderzenie z rzeczywistością. Podczas rozmów z innymi pracownikami dowiedziałem się, że wysokie premie rzeczywiście są osiągalne, ale tylko w teorii. Bo można obsługiwać klientów na bardzo wysokim poziomie, ale nie wyrobić miesięcznej normy sprzedaży i już jest po premii. Albo odwrotnie - można robić świetne wyniki sprzedażowe za kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, ale dostać minusy za złą jakość rozmów telefonicznych i też nie dostaniemy premii. Najgorsze jest to, że możemy stracić premię za zbyt małą ilość rozmów telefonicznych i wysłanych mejlów w danym miesiącu. Czyli tak naprawdę premię można stracić za wszystko.

Gdy dowiedziałem się jak wygląda system premiowy w tej firmie, moja motywacja spadła prawie do zera. Ale okazało się, że może być jeszcze gorzej. Dla mnie najgorsze było korporacyjne słowo "asap" (as soon as possible). Chociaż ani razu nie było ono użyte wprost, to atmosfera w budynku była nim przepełniona. To niewypowiadane słowo było gorsze od dymu tytoniowego, który wypełniał komunistyczne fabryki i urzędy. Od tego niewypowiadanego słowa robiło mi się niedobrze.
Bo jak wytłumaczyć to, że szef wysyła "bardzo ważne mejle" z "bardzo ważnymi zadaniami" do wykonania. I tak kilka razy dziennie. Oczywiście zadania trzeba wykonywać bez zbędnej zwłoki i meldować szefowi o ich efektach. Oczywiście wykonując te jakże ważne zadania, nie można zaniedbywać swoich podstawowych obowiązków. Bo jeśli wykonamy zbyt małą ilość telefonów albo wyślemy za mało mejlów, to pod koniec dnia pracy szef poinformuje nas o tym w mejlu. Napisze, że powinniśmy się wstydzić takich wyników.
Towarzysz Stalin mawiał, że kontrola jest najwyższą formą zaufania. Widocznie to zdanie jest mottem wielu dyrektorów i kierowników w korporacjach.