29 stycznia 2017

Czy warto dojeżdżać daleko do pracy?

Zawsze starałem się, żeby moje miejsce pracy było niedaleko miejsca zamieszkania. Po prostu nie przepadam za wczesnym wstawaniem, nie lubię też stać w korkach i marnować bezcennego czasu i pieniędzy.
Kiedyś dojeżdżałem do pracy 20 kilometrów, ale trwało to tylko kilka miesięcy. Przeważnie moje miejsca pracy były oddalone od mieszkania do 5 kilometrów. Dzięki temu mogłem jeździć rowerem albo komunikacją miejską. W ten sposób nie dość, że oszczędzałem spore pieniądze, które wydałbym na paliwo, to jeszcze dbałem o czyste powietrze, a na dodatek o swoje zdrowie i kondycję. Coś pięknego.

Co mogłoby mnie skłonić do pracy daleko od miejsca zamieszkania?
Nie będę oryginalny, ale na pewno głównym czynnikiem byłyby pieniądze. Musiałbym zarabiać przynajmniej kilkaset złotych więcej niż teraz. 
Na pewno bardzo ważne byłyby też godziny pracy. Bo nie uśmiechałoby mi się wstawać o 4 rano albo wracać do mieszkania tuż przed północą.
Ważny też byłby stan dróg dojazdowych albo dostępność busów lub pociągów.

22 stycznia 2017

Czy można żyć bez pracy?

Od czasu zrobienia licencjatu nie zdarzyło się, bym pozostawał bez pracy dłużej niż przez miesiąc. Jedne prace były gorsze, inne lepsze, ale nie wyobrażam sobie, żebym w ogóle nie pracował. 
Moja obecna praca nie sprawia mi zbyt dużej radości ani satysfakcji. Jest nawet źródłem frustracji z powodu wynagrodzenia zupełnie nieadekwatnego do poziomu stresu i odpowiedzialności. Wiem jednak, że bycie bezrobotnym byłoby dla mnie o wiele gorsze i niszczące wszystkie sfery życia.

Paradoksalne jest to, że im więcej robimy, tym więcej mamy energii i jesteśmy lepiej zorganizowani. Kiedy patrzę na niektórych swoich klientów, widzę, że brak pracy spowodował ich zupełną marginalizację społeczną. Siedzą godzinami z puszką dyskontowego piwa w dłoni, pośród dymu z ukraińskich papierosów i pogrążają się w czarnych myślach i zupełnym braku jakiejkolwiek aktywności. Tak mijają im całe lata. Lata wegetacji, a nie życia.
Kiedy czytam o znanych aktorach, którzy grają w serialach, filmach, teatrach, do tego biegają w maratonach, a poza tym spędzają czas z rodziną i działają charytatywnie, to aż nie chce się wierzyć, że doba ma tylko 24 godziny i nie można jej rozciągnąć.

Najlepiej znaleźć złoty środek. Pozostawanie bez pracy przez 5 lat na pewno nie jest dobrym rozwiązaniem. Ale dobrym rozwiązaniem nie jest też pracowanie 12 godzin na dobę w branży, która oferuje niskie wynagrodzenie i wysoki poziom stresu.
 

7 stycznia 2017

Dzień z życia człowieka leniwego

Jeszcze 5 lat temu mój przeciętny dzień wyglądał tak: wstawałem o 7:00, pracę rozpoczynałem o 8:00, a kończyłem o 16:00. Po pracy szybko wracałem do mieszkania, jadłem obiad (przygotowany wcześniej przez moją drugą połowę) i już przed 17:00 szedłem w kimę. Spałem przeważnie do 18:00. Następnie leniwie wstawałem do laptopa. Czasami nie chciało mi się nawet wstawać z sofy, więc leżałem dalej i czytałem książki. Albo obracałem tylko głowę, by za bardzo się nie przemęczać, i oglądałem telewizję. Oczywiście w pozycji leżącej.
Pewnie leżałbym tak aż do następnego ranka, gdyby nie to, że musiałem zrobić sobie kolację i się umyć. Ba, czasami myłem też naczynia. Czasami nawet wyrzucałem śmieci.

Na przestrzeni tych 5 lat mój przeciętny dzień zmienił się diametralnie. W sumie to ja go zmieniłem, chociaż przyznaję, że było bardzo ciężko stać się bardziej aktywnym. 
Wszystko zaczęło się od tego, że pewnego brzydkiego jak noc listopada postanowiłem zacząć się ruszać. Zacząłem regularnie chodzić na basen, a później do klubu fitness. Wiązało się to z tym, że siłą rzeczy musiałem ograniczyć popołudniowe drzemki. Bo jeśli szedłem pływać lub ćwiczyć na 18:00, to zwyczajnie nie miałem kiedy spać.
Aktywność fizyczna pociągnęła za sobą aktywność intelektualną. Co prawda już od połowy liceum czytałem po kilkadziesiąt książek rocznie, ale aż do 02.03.2013 roku byłem zbyt leniwy, by pisać coś prócz wierszy do szuflady.
Dlaczego akurat do 02.03.2013 roku? Bo wtedy założyłem ten blog. A później już poszło z górki :)

1 stycznia 2017

Co lubię w swojej pracy

Nie lubię w swojej pracy wielu rzeczy. Na przykład tego, że muszę chodzić do różnych mieszkań. Bardzo różnych mieszkań.
Nie jest źle, gdy natrafię na chmury dymu z tanich papierosów albo lepiącą się od brudu podłogę. Gorzej, gdy w mieszkaniu czai się agresywny pies. Albo agresywny, pijany klient.

Ale miało być o pozytywach. Dla mnie największym plusem jest to, że moja praca jest trochę "komunistyczna". Bo pracuję od poniedziałku do piątku od 8:00 do 16:00. Nie muszę zostawać za darmo po godzinach pracy albo pracować do 20:00 jak w wielu korporacjach. Nie pracuję też na śmieciówce, tylko na umowie o pracę. Wypłatę zawsze dostaję na czas, mam 26 dni urlopu. Ba, mogę nawet chodzić na zwolnienia lekarskie (sam tego nie robię, ale wiele osób bierze lewe zwolnienia lekarskie bez żadnych konsekwencji ze strony pracodawcy).

Moja pensja jest zupełnie nieadekwatna do ilości obowiązków i poziomu stresu, ale przynajmniej trochę rekompensują ją coroczne dodatki typu: trzynastka, wczasy pod gruszą czy odzieżówka. Kilka razy w roku mogę też skorzystać z tańszych biletów do kina lub teatru.

Ciekawi mnie jak wygląda to w korporacjach. Bo słyszałem, że niektóre firmy dają swoim pracownikom pieniądze z okazji mikołajek albo paczki dla dzieci z okazji urodzin czy świąt. Aż takich luksusów w mojej instytucji nigdy nie było.