3 września 2017

Wyjście ze strefy komfortu

Często ludzie wychodzą ze strefy komfortu dopiero wtedy gdy ich życie zaczyna się sypać albo nawet wisieć na włosku.
Niektórzy narkomani zaczynają się leczyć dopiero po przymusowym pobycie w szpitalu psychiatrycznym, a alkoholicy po utracie prawa jazdy za kierowanie po wypiciu pół litra wódki. Inni zaczynają się odchudzać dopiero po przekroczeniu magicznej liczby 100 kg na wadze.
Strasznie trudno jest zmusić się do chodzenia po schodach na 7 piętro albo biegania, gdy nie mamy nadwagi, a pogoda jest, jak to w Polsce, mocno zmienna.
Strasznie trudno jest zdecydować się na zmianę pracy, gdy mamy umowę na stałe, pracujemy od 10 lat w tej samej firmie, nie zarabiamy dużo, ale nie jest to też najniższa krajowa. Mimo że praca jest monotonna, nierozwijająca, stresująca, to często tkwimy w niej przez długie lata.

Często budzimy się z ręką w nocniku, bo okazuje się, że mamy raka płuc z powodu palenia albo marskość wątroby spowodowaną przez alkohol. Często żałujemy, że nie zdążyliśmy z kimś porozmawiać, kogoś o coś zapytać, z kimś się pogodzić, bo ten ktoś już umarł albo wyjechał na inny kontynent.
Czasami okazuje się, że musimy zrobić kanałowo 8 zębów, za które zapłacimy równowartość kilkuletniego samochodu. Tylko dlatego że baliśmy się chodzić do dentysty i nie robiliśmy tego od lat.

22 sierpnia 2017

Jak stracić fortunę u dentysty

Niedawno, po kilkuletniej przerwie, wybrałem się w końcu do dentysty. Po prostu bolał mnie ząb, dlatego tam poszedłem. Gdy nic mnie nie bolało, gabinety stomatologiczne omijałem szerokim łukiem. Trochę z braku czasu, trochę ze strachu, trochę z głupiego polskiego myślenia "jakoś to będzie".
Okazało się, że muszę naprawić kilka zębów. W najlepszym wypadku, gdy nie trzeba będzie leczyć kanałowo, skończy się na kilku wizytach i kilku stówach w plecy. W najgorszym wypadku, gdy trzeba będzie robić kanałowo jeden lub dwa zęby, zapłacę grubo ponad tysiąc złotych. Ale i tak powinienem się cieszyć, bo mam znajomych, którzy wydali na zęby 3-4 tysiące złotych podczas kilkutygodniowego leczenia.  

Staram się dbać o zęby. Myję je 2 razy dziennie po kilka minut. Często żuję gumę, bardzo rzadko piję kolorowe napoje, w ciągu dnia wypijam sporo czystej wody. 
Ale przyznaję się bez bicia, że bardzo rzadko używam nici dentystycznej, nie mogę się też zmusić do zakupu szczoteczki elektrycznej. Nie jest źle, ale sporo przede mną do poprawy.

A Wy macie sprawdzone sposoby na zdrowe i dobrze wyglądające zęby?

22 lipca 2017

Sprzedaż internetowa - niektórzy chcieliby wszystko za darmo

Czasami zdarza mi się coś wystawić na popularnym portalu sprzedażowym. To, co najbardziej mnie uderza i irytuje to to, że niektórzy ludzie od razu pytają, czy sprzedam im dany produkt o 30 albo nawet o 50% taniej. Rozumiem, że zawsze jest możliwość negocjacji ceny, ale 30% to już jest sporo, a co dopiero połowa. Najśmieszniejsze jest to, że ludzie potrafią się ostro targować nawet o produkt, który kosztuje 50 zł.

Myślę sobie, że paradoksalnie powinienem cieszyć się z takich sytuacji. Bo to oznacza, że jest ogromna konkurencja wśród internetowych sprzedawców, a klienci mogą przebierać w ofertach i dyktować swoje warunki.
Ja sprzedaję tylko okazjonalnie, gdy coś mi nie jest potrzebne. Gorzej mają zawodowi sprzedawcy. Bo przecież mamy rynek klienta.

28 czerwca 2017

Ile stron książki można przeczytać w ciągu jednego dnia?

Czytanie książek jest moją największą pasją. Oczywiście lubię też inne czynności. Na przykład wielką radość sprawia mi leżenie na łóżku albo chodzenie po górach. Wielką radość sprawiają mi spacery po lesie albo oglądanie gwiaździstego nieba. Od czasu do czasu lubię też napisać jakiś post na blogu albo napić się zimnego piwa z regionalnego browaru.
Ale czytania nic nie jest w stanie przebić. Czasem się zastanawiam co by było, gdybym nie był mężem, nie był ojcem. Gdybym nie pracował 8 godzin dziennie. Aż ogarnia mnie przerażenie. Bo może wtedy czytałbym po 500 stron dziennie. Czy nie zabrakłoby osiedlowych bibliotek i drzew?
 
Mój czytelniczy rekord to przeczytanie ponad 300 stron książki w ciągu jednego dnia podczas urlopu. Byłoby ich znacznie więcej gdyby nie to, że oprócz załatwiania potrzeb fizjologicznych i jedzenia sporo czasu zajęło mi sprzątanie mieszkania czy pójście na spacer.

4 czerwca 2017

Problem z jedzeniem w miejscu pracy

Temat może wydawać się banalny i nie warty uwagi, ale gdyby głębiej się zastanowić, to wychodzi, że jest on jednym z najważniejszych w życiu. 
Dlaczego uważam, że jest on aż tak ważny? Dlatego, że w pracy spędzamy nawet 30% dorosłego życia. A jeśli dodamy do tego fakt, że w Polsce miliony ludzi pracują nocami i na różne zmiany dzienne, to problem jedzenia w czasie pracy robi się poważny.

Nie pracuję nocami, ale podejrzewam, że musi to destabilizować życie. Jeśli nie mocno, to na pewno trochę. Bo przeciętny człowiek w nocy śpi, a nie pracuje. Przeciętny człowiek je w dzień, a nie w nocy.

Pracuję od  08.00 do 16.00. Wydaje się więc, że nie mam żadnych problemów z jedzeniem w pracy. Niestety rzeczywistość nie jest tak różowa. Bo od rana przyjmuję klientów, a ponieważ nie mamy w biurze pokoju socjalnego, muszę jeść ukradkiem przy biurku pomiędzy kolejnymi klientami i telefonami. Inni pracownicy muszą radzić sobie w taki sam sposób. 
W godzinach popołudniowych chodzę do mieszkań klientów. Jeśli chcę wtedy jeść, muszę to robić podczas marszu na świeżym powietrzu.

Zastanawialiście się kiedyś, jak jedzą i załatwiają potrzeby fizjologiczne kierowcy miejskich autobusów?

16 maja 2017

Niewolnicy kredytów

Czytałem kiedyś oświadczenia majątkowe wyższych urzędników samorządowych w moim mieście. Moją uwagę szczególnie przykuł fakt, że ludzie mający 40-50 lat, zarabiający przez kilkanaście lat po 5.000-6.000 zł miesięcznie, mają niespłacone kredyty mieszkaniowe. Niektórym zostało do spłaty nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. 
Gdybym ja zarabiał 5.000 zł na miesiąc, to skakałbym z radości i przed 40-tką już dawno miałbym spłacony kredyt mieszkaniowy, poza tym jeździłbym porządnym samochodem. Nie wiem na co ci ludzie przeznaczają kasę, dzięki której mogliby już dawno cieszyć się wolnością od wszelkich kredytów.

Myślę sobie o przeciętnych polskich rodzinach, w których facet zarabia 2.000 zł, jego partnerka tyle samo. Mają dwoje dzieci i kredyt mieszkaniowy na 30 lat. Skończą go spłacać, gdy będą mieli prawie 60 lat. I w końcu będą mogli cieszyć się życiem.

30 kwietnia 2017

Dlaczego większość zawodów jest stricte męskich albo stricte kobiecych?

Pracuję w branży, która jest silnie sfeminizowana. A nawet bardzo silnie sfeminizowana, bo być może aż około 90% pracowników stanowią kobiety. Jest to dla mnie bardzo przykre, bo spędzanie codziennie 8 godzin wśród wśród plotek, intryg i dzielenia włosa na czworo nie jest zbyt przyjemne. Co nie znaczy, że miejsca pracy zdominowane przez mężczyzn są zdrowsze. Bo męskie zawody oznaczają niecenzuralne słowa prawie w każdym zdaniu, a czasami też olewanie wielu obowiązków zawodowych.

Niestety większość zawodów w Polsce jest stricte męskich albo stricte kobiecych. Weźmy za przykład sprzedawców, których w Polsce jest aż kilka milionów. Zdecydowaną większość stanowią kobiety, nieważne, czy dotyczy to sklepów odzieżowych, obuwniczych czy spożywczych.
Przykładem z drugiego bieguna są służby mundurowe. W naszym kraju ich funkcjonariuszy jest aż kilkaset tysięcy. Nieważne, czy chodzi o wojsko, policję czy straż graniczną. W każdej służbie zdecydowaną większość stanowią faceci.

Moim zdanie byłoby idealnie, gdyby zarówno ilość kobiet jak i mężczyzn w danej firmie czy urzędzie nie przekraczała 70%. Niestety bardzo rzadko się to zdarza..

17 kwietnia 2017

Spalone wiersze, skasowane posty, niewydane książki

Mimo że dzisiaj drugi dzień radosnych świąt i do tego wiosna, to naszedł mnie jakiś melancholijny nastrój. Może to przez pochmurną i deszczową pogodę za oknem, może dlatego że jutro muszę iść do pracy, a może taką już mam filozoficzną naturę.

Ostatnio nie mam weny do pisania wierszy. Nawet nie ostatnio, a od wielu miesięcy. Paradoksalnie myślę sobie, że to dobrze. Bo najwięcej wierszy pisałem, gdy byłem bardzo samotny. Płakałem i pisałem. Czasami nawet kilka wierszy dziennie. W ciągu jednego czarnego roku napisałem ich ponad sto.
Kiedy moje życie zmieniło się na lepsze, kiedy byłem spokojniejszy i może nawet szczęśliwy, wena zniknęła. Jakby ktoś ją uciął toporem. Od kilku lat piszę średnio kilka wierszy w roku.
Zupełnie inną kwestią jest warsztat pisarski. Jestem świadomy, że wiele moich wierszy było słabych albo nawet kiczowatych. Dlatego kiedyś z bólem serca i po męczącej selekcji spaliłem aż 70% moich wierszy. Nie zostawiłem żadnych kopii.

Zupełnie inaczej wygląda sprawa z postami na blogu. Z większości z nich jestem zadowolony. Gdybym musiał któreś usunąć, to byłoby ich kilka, a napisałem 186. Ale nie będę żadnego usuwał, bo są pod nimi komentarze. Wasze komentarze.
Jeśli chodzi o warsztat, to tematy postów i ich ogólny zarys wymyślam w najróżniejszych miejscach. Ale chyba najczęściej lubię je wymyślać, gdy idę. Nieważne, czy jest to leniwy spacer po lesie czy szybki marsz na zakupy przy ruchliwej ulicy.
Moje wpisy celowo są krótkie. Lubię rzucić jakiś temat i dać Wam możliwość własnej interpretacji oraz pole do dyskusji.

A co do książki, to który z blogerów nie marzy, by ją wydać. Ale marzenia a rzeczywistość to czasami dwie zupełnie inne sprawy.

9 kwietnia 2017

Internetowy terror posiadania dzieci

Nie, nie chodzi mi o partię rządzącą i jej program 500 plus mający zachęcać Polki i Polaków do tworzenia większej ilości dzieci. Nie chodzi mi nawet o konserwatywne ciotki i babcie wypytujące podczas każdych świąt i spotkań rodzinnych o to, kiedy w końcu weźmiecie ślub i będziecie mieli dzieci.

Mam na myśli głównie terror internetowy. Niektórym użytkownikom, a przede wszystkim użytkowniczkom po prostu odjebało. Po urodzeniu dzieci nagle jakby przestały istnieć. Zniknęło ich wykształcenie, ich praca zawodowa, ich pasje, ich znajomi. Liczą się tylko dzieci. Ich twarze na zdjęciach profilowych zastąpiły zdjęcia dzieci. Ich profile są ciągle zasypywane zdjęciami dzieci. Aż chce się wymiotować.

Rozumiem, że posiadanie dziecka to wielkie szczęście. Ogromne szczęście. Wiem to z własnego doświadczenia, bo kilka miesięcy temu po raz pierwszy zostałem ojcem. Oczywiście bycie ojcem a matką to dwa zupełnie inne stany świadomości. Ale myślę też o kobietach, które poroniły raz albo nawet kilka razy. Myślę też o parach, które starają się o poczęcie dziecka od kilkunastu miesięcy albo nawet kilku lat.
 

24 marca 2017

Jak program Rodzina 500 plus zmienił Polskę

Niedługo minie rok od wprowadzenia programu Rodzina 500 plus. Program ten zanim jeszcze zaczął obowiązywać spotkał się ze zmasowaną krytyką. Wielu ludzi mówiło, że pieniądze zamiast na dzieci będą marnowane na alkohol, papierosy i inne używki. Także na moim blogu temat ten wywołał ciekawą i gorącą dyskusję. A pisałem o tym już w styczniu 2016, czyli ponad 2 miesiące przed startem programu.

Jak kilkadziesiąt miliardów złotych na 500 plus zmieniło życie milionów polskich rodzin?
Diametralnie.
Część osób na pewno przepiła te pieniądze, część przepaliła, a część wydała na śmieciowe jedzenie.
Ale dzięki 500 zł tysiące polskich dzieci po raz pierwszy wyjechały na wakacje nad Bałtyk lub w Tatry. Tysiące polskich dzieci zaczęły dodatkowo chodzić na sztuki walki, pływalnię czy angielski.
Miliony polskich rodzin odzyskały godność. Przynajmniej w jakimś malutkim stopniu. Dlatego chyba warto było.

11 marca 2017

W życiu najważniejsze są kotwice

Dla mnie najważniejsze w życiu jest to, by mieć jak najwięcej kotwic. Gdyby nie kilka kotwic, już dawno bym poszedł na dno i udusił się mułem.
 
Czym są owe kotwice?
 
Jedną z najważniejszych kotwic są bliscy, dla których warto żyć. Mogą to być rodzice albo rodzeństwo, albo druga połowa, albo dzieci, albo inni krewni, albo przyjaciele lub dobrzy znajomi.
 
Bardzo ważną kotwicą jest też dom rodzinny w przypadku dzieci i gwarancja mieszkania w przypadku dorosłych. Z tą gwarancją mieszkania jest w Polsce bardzo słabo, bo miliony dorosłych rodaków mieszkają z rodzicami, albo wynajmują mieszkanie, albo kupują je na kredyt, który spłacają przez 30 lat.
 
Inna kotwica to stabilna i dobrze płatna praca, a jeśli przeciętnie płatna, to przynajmniej taka, do której chodzimy z chęcią i z której mamy chociaż trochę satysfakcji.
 
Myśląc o kotwicach nie można zapomnieć o pasjach. To one często nadają życiu sens. Czasami zdarza się, że jedyny sens. Wystarczy pomyśleć o kilku polskich świetnych himalaistach, którzy zginęli w górach. A należeli do absolutnej elity światowej i nie musieli już nic zdobywać ani czegokolwiek udowadniać.
Dla mnie pasjami są (chyba): pisanie tego blogu, czytanie książek, chodzenie po górach, poznawanie nowych miejsc, ogólnie pojęte chodzenie i obserwowanie oczami poetyckiej wyobraźni.
 
Ważne, by jedyną kotwicą nie była opieka nad kotem, picie zimnej wódki albo pielęgnacja drzewek owocowych.

2 marca 2017

4 lata blogu!

To już 4 lata. Ale ten czas zapierdala. Aż nie chce się w to wierzyć.
Bardzo lubię statystyki, dlatego przedstawię ich garść w telegraficznym skrócie, bo chciałbym skupić się na tym, co najważniejsze w życiu, czyli ne emocjach i uczuciach.

wyświetlenia- 105029

obserwatorzy- 54

posty- 182

komentarze- 4698

średnia ilość komentarzy przy poście- 26

Dziękuję Wam za te 4 lata. Za Wasze komentarze skłaniające do refleksji i wywołujące często ciekawe dyskusje. Dziękuję za wszystko.
Cieszę się, że mogłem poznać wiele wartościowych blogerek i blogerów i czytać dużo ciekawych blogów.
Najbardziej smuci mnie to, że kilka osób, które bardzo ceniłem, skończyło pisać swoje blogi. Popularne, a jednocześnie bardzo wartościowe i oryginalne blogi. A może to tylko przerwa? Kilkumiesięczna albo kilkuletnia..

17 lutego 2017

Pomoc dla DDA

Kiedy zakładałem ten blog, nie myślałem, że moje pisanie będzie miało na celu jakąś misję. Piszę go głównie z egoistycznych pobudek, czyli dla samego siebie. Ale czasami czuję, że muszę napisać coś dla innych. Nie dla stałych czytelników, których bardzo cenię, ale dla osób, które być może zaglądną tu tylko raz albo kilka razy. I którym może to w jakikolwiek sposób pomóc.

Dziś poruszę temat, który dotyczy milionów ludzi w Polsce. Tak, milionów, chociaż to trudne do uwierzenia. Jestem dorosłym dzieckiem alkoholika, chociaż mój stosunek do tego faktu jest bardzo ambiwalentny. Kiedyś mocno się tego wstydziłem, nawet w myślach nie chciałem przyznać, że mam taki problem. Później, gdy zacząłem chodzić na grupę samopomocową DDA, byłem dumny z tego, że pracuję nad sobą, że otwieram się przed innymi, że przełamuję swój wstyd i strach i mówię o swoich bolesnych przeżyciach. Obecnie mam świadomość, że jestem DDA, ale nie definiuje to mojego życia.

Niedawno odbyłem interesującą rozmowę ze znajomą, która jest DDA i od kilku miesięcy uczęszcza na spotkania w zamkniętej grupie terapeutycznej. Owa znajoma przez długi czas próbowała mnie przekonać, że fakt, iż jestem dorosłym dzieckiem alkoholika jest najważniejszy w moim życiu. A ja pytałem jej: A dlaczego najważniejsza nie jest moja płeć, albo narodowość, albo znak zodiaku, albo światopogląd religijny, albo orientacja seksualna?

Kiedyś byłem na spotkaniu grupy AA. Moją uwagę przykuł facet niepijący od 13 lat, który ciągle chwalił się tym faktem. Prawie w każdym zdaniu podkreślał, że nie pije od 13 lat. Na pewno jest to ogromne osiągnięcie wymagające wielu wyrzeczeń, ale strasznie irytowało mnie to ciągłe przechwalanie się. Poza tym ów niepijący alkoholik z rozrzewnieniem wspominał jak mając kilka promili we krwi jeździł samochodem, jak spał pod gołym niebem, jak sprzedawał sprzęty z domu rodzinnego, by mieć na wódkę. Miałem wrażenie, że z chęcią, by wrócił do tamtych czasów.

Przedstawiłem te dwa przykłady, by pokazać, że fanatyzm w każdym wydaniu jest szkodliwy i strasznie zawęża horyzonty myślenia. 
Ale miało być o pomocy dla ludzi, którzy są DDA. Opiszę więc swoje doświadczenia i co mi pomogło. Po pierwsze-chodziłem do psychologa. Po drugie-chodziłem na grupę samopomocową DDA. Po trzecie-podczas studiów miałem zajęcia z psychologii. Po czwarte-czytałem blogi i książki o tematyce alkoholizmu.

A teraz kilka słów dla ludzi, którzy są DDA, ale boją się pójść do psychologa lub na grupę DDA. Warto szukać dobrego terapeuty. Ja znalazłem dobrego psychologa na NFZ, który sporo mi pomógł, ale wcześniej byłem u dwóch specjalistów, którzy zupełnie olewali swoją pracę, więc po kilku wizytach zrezygnowałem z ich usług.
Jeśli chodzi o grupy DDA, to są grupy zamknięte, przeważnie kilkuosobowe, w których pracuje się bardzo głęboko i grupy otwarte, przeważnie do 12 osób, do których można dołączyć w dowolnym czasie. W każdym większym mieście jest przynajmniej jedna grupa otwarta (samopomocowa) DDA.
Grupy DDA także są różne. Mnie najbardziej wkurzało to, że osoba prowadząca zbyt często mówiła o religii i trochę narzucała innym swój światopogląd, a grupy samopomocowe z założenia są świeckie, bezpartyjne i niekomercyjne.

Na pewno można być niepijącym alkoholikiem, nie chodząc do terapeuty lub na grupę AA. Na pewno można być zdrowym psychicznie DDA, nie chodząc do psychologa lub na spotkania grupowe. Ale samemu jest tysiąc razy trudniej.

11 lutego 2017

Praca w nocy-czarna rozpacz?

W swoim życiu pracowałem nocami tylko przez kilka tygodni. W czasie wakacji chciałem coś zarobić, bo studiowałem dziennie i nie miałem żadnego źródła dochodu. Pracowałem wtedy w fabryce i bardzo niemiło wspominam ten czas. Praca na zmiany dzienne i nocne, a moja miesięczna wypłata nie przekraczała 1200 zł. Tragedia. 
Oprócz niskiej pensji wkurzało mnie też to, że praca w nocy rozregulowywała zupełnie  mój rytm dnia, szczególnie rytm snu i pory jedzenia.
Gdybym miał obecnie pracować na nocne zmiany, musiałoby się to wiązać z dużo wyższymi zarobkami, które i tak nie są w stanie zrekompensować szkód zdrowotnych nocnej pracy.
Najsmutniejsze jest to, że często nocami pracują ludzie, którzy dostają za swoją pracę zbyt mało. Na przykład pielęgniarki zarabiające 2.000 zł miesięcznie albo ochroniarze, którzy dostają 1.500. 

5 lutego 2017

Dlaczego czytanie książek jest niebezpieczne


Jeszcze na początku liceum nie czytałem prawie w ogóle książek. Nawet lektur szkolnych. Wolałem czytać streszczenia. Dopiero w połowie szkoły średniej wszystko się zmieniło. Zmusiłem się, by przeczytać lekturę. Byli to "Ludzie bezdomni" Stefana Żeromskiego. Ta książka tak mi się spodobała, że zacząłem czytać inne lektury szkolne. 
Co nie znaczy, że wszystkie przypadły mi do gustu. Do dzisiaj nie przepadam za utworami naszego noblisty Henryka Sienkiewicza albo naszego narodowego wieszcza Adama Mickiewicza, chociaż bardzo lubię poezję. 
Oprócz "Ludzi bezdomnych" było też kilka innych lektur szkolnych, które zachęciły mnie do regularnego czytania. Na przykład "Zbrodnia i kara" Fiodora Dostojewskiego albo wiersze Tadeusza Różewicza. Dzięki temu moja przygoda z książkami trwa do dziś, a rocznie czytam ich kilkadziesiąt.

Odkąd zacząłem dużo czytać, czułem się z tego dumny, a może nawet lepszy od wielu rówieśników, którzy śmiali się z ludzi czytających książki, bo sami marnowali czas na granie w gry komputerowe albo picie piwa w lokalach. 
Przez wiele lat uważałem, że czytanie książek przynosi człowiekowi same korzyści i nie powoduje żadnych skutków ubocznych. Dopiero w ostatnim czasie uświadomiłem sobie, że czytanie może być niebezpieczne. Bo spędzanie kilku godzin dziennie na czytaniu książek może zniszczyć relacje z bliskimi, sprawić, że ciało obrośnie tłuszczem, a mieszkanie pokryje się grubą warstwą kurzu.

29 stycznia 2017

Czy warto dojeżdżać daleko do pracy?

Zawsze starałem się, żeby moje miejsce pracy było niedaleko miejsca zamieszkania. Po prostu nie przepadam za wczesnym wstawaniem, nie lubię też stać w korkach i marnować bezcennego czasu i pieniędzy.
Kiedyś dojeżdżałem do pracy 20 kilometrów, ale trwało to tylko kilka miesięcy. Przeważnie moje miejsca pracy były oddalone od mieszkania do 5 kilometrów. Dzięki temu mogłem jeździć rowerem albo komunikacją miejską. W ten sposób nie dość, że oszczędzałem spore pieniądze, które wydałbym na paliwo, to jeszcze dbałem o czyste powietrze, a na dodatek o swoje zdrowie i kondycję. Coś pięknego.

Co mogłoby mnie skłonić do pracy daleko od miejsca zamieszkania?
Nie będę oryginalny, ale na pewno głównym czynnikiem byłyby pieniądze. Musiałbym zarabiać przynajmniej kilkaset złotych więcej niż teraz. 
Na pewno bardzo ważne byłyby też godziny pracy. Bo nie uśmiechałoby mi się wstawać o 4 rano albo wracać do mieszkania tuż przed północą.
Ważny też byłby stan dróg dojazdowych albo dostępność busów lub pociągów.

22 stycznia 2017

Czy można żyć bez pracy?

Od czasu zrobienia licencjatu nie zdarzyło się, bym pozostawał bez pracy dłużej niż przez miesiąc. Jedne prace były gorsze, inne lepsze, ale nie wyobrażam sobie, żebym w ogóle nie pracował. 
Moja obecna praca nie sprawia mi zbyt dużej radości ani satysfakcji. Jest nawet źródłem frustracji z powodu wynagrodzenia zupełnie nieadekwatnego do poziomu stresu i odpowiedzialności. Wiem jednak, że bycie bezrobotnym byłoby dla mnie o wiele gorsze i niszczące wszystkie sfery życia.

Paradoksalne jest to, że im więcej robimy, tym więcej mamy energii i jesteśmy lepiej zorganizowani. Kiedy patrzę na niektórych swoich klientów, widzę, że brak pracy spowodował ich zupełną marginalizację społeczną. Siedzą godzinami z puszką dyskontowego piwa w dłoni, pośród dymu z ukraińskich papierosów i pogrążają się w czarnych myślach i zupełnym braku jakiejkolwiek aktywności. Tak mijają im całe lata. Lata wegetacji, a nie życia.
Kiedy czytam o znanych aktorach, którzy grają w serialach, filmach, teatrach, do tego biegają w maratonach, a poza tym spędzają czas z rodziną i działają charytatywnie, to aż nie chce się wierzyć, że doba ma tylko 24 godziny i nie można jej rozciągnąć.

Najlepiej znaleźć złoty środek. Pozostawanie bez pracy przez 5 lat na pewno nie jest dobrym rozwiązaniem. Ale dobrym rozwiązaniem nie jest też pracowanie 12 godzin na dobę w branży, która oferuje niskie wynagrodzenie i wysoki poziom stresu.
 

7 stycznia 2017

Dzień z życia człowieka leniwego

Jeszcze 5 lat temu mój przeciętny dzień wyglądał tak: wstawałem o 7:00, pracę rozpoczynałem o 8:00, a kończyłem o 16:00. Po pracy szybko wracałem do mieszkania, jadłem obiad (przygotowany wcześniej przez moją drugą połowę) i już przed 17:00 szedłem w kimę. Spałem przeważnie do 18:00. Następnie leniwie wstawałem do laptopa. Czasami nie chciało mi się nawet wstawać z sofy, więc leżałem dalej i czytałem książki. Albo obracałem tylko głowę, by za bardzo się nie przemęczać, i oglądałem telewizję. Oczywiście w pozycji leżącej.
Pewnie leżałbym tak aż do następnego ranka, gdyby nie to, że musiałem zrobić sobie kolację i się umyć. Ba, czasami myłem też naczynia. Czasami nawet wyrzucałem śmieci.

Na przestrzeni tych 5 lat mój przeciętny dzień zmienił się diametralnie. W sumie to ja go zmieniłem, chociaż przyznaję, że było bardzo ciężko stać się bardziej aktywnym. 
Wszystko zaczęło się od tego, że pewnego brzydkiego jak noc listopada postanowiłem zacząć się ruszać. Zacząłem regularnie chodzić na basen, a później do klubu fitness. Wiązało się to z tym, że siłą rzeczy musiałem ograniczyć popołudniowe drzemki. Bo jeśli szedłem pływać lub ćwiczyć na 18:00, to zwyczajnie nie miałem kiedy spać.
Aktywność fizyczna pociągnęła za sobą aktywność intelektualną. Co prawda już od połowy liceum czytałem po kilkadziesiąt książek rocznie, ale aż do 02.03.2013 roku byłem zbyt leniwy, by pisać coś prócz wierszy do szuflady.
Dlaczego akurat do 02.03.2013 roku? Bo wtedy założyłem ten blog. A później już poszło z górki :)

1 stycznia 2017

Co lubię w swojej pracy

Nie lubię w swojej pracy wielu rzeczy. Na przykład tego, że muszę chodzić do różnych mieszkań. Bardzo różnych mieszkań.
Nie jest źle, gdy natrafię na chmury dymu z tanich papierosów albo lepiącą się od brudu podłogę. Gorzej, gdy w mieszkaniu czai się agresywny pies. Albo agresywny, pijany klient.

Ale miało być o pozytywach. Dla mnie największym plusem jest to, że moja praca jest trochę "komunistyczna". Bo pracuję od poniedziałku do piątku od 8:00 do 16:00. Nie muszę zostawać za darmo po godzinach pracy albo pracować do 20:00 jak w wielu korporacjach. Nie pracuję też na śmieciówce, tylko na umowie o pracę. Wypłatę zawsze dostaję na czas, mam 26 dni urlopu. Ba, mogę nawet chodzić na zwolnienia lekarskie (sam tego nie robię, ale wiele osób bierze lewe zwolnienia lekarskie bez żadnych konsekwencji ze strony pracodawcy).

Moja pensja jest zupełnie nieadekwatna do ilości obowiązków i poziomu stresu, ale przynajmniej trochę rekompensują ją coroczne dodatki typu: trzynastka, wczasy pod gruszą czy odzieżówka. Kilka razy w roku mogę też skorzystać z tańszych biletów do kina lub teatru.

Ciekawi mnie jak wygląda to w korporacjach. Bo słyszałem, że niektóre firmy dają swoim pracownikom pieniądze z okazji mikołajek albo paczki dla dzieci z okazji urodzin czy świąt. Aż takich luksusów w mojej instytucji nigdy nie było.