29 maja 2018

Rozmowy kwalifikacyjne. Moje śmieszne i straszne przypadki.

Wykorzystując fakt, że bezrobocie w Polsce jest najniższe od 27 lat i mamy (podobno) rynek pracownika, w ostatnich miesiącach wysłałem sporo CV do pracodawców, byłem też na kilku rozmowach kwalifikacyjnych. Nie napinam się jakoś strasznie mocno na zmianę pracy, ale badam rynek, licząc, że może akurat uda mi się znaleźć coś satysfakcjonującego przynajmniej pod kątem zarobków. Niestety, pracodawcy często zachowują się tak jakby mogli przebierać wśród potencjalnych pracowników i jakby trzeba było im dziękować, że w ogóle płacą za wykonywaną pracę. Ale w tym poście skupię się tylko na rozmowach kwalifikacyjnych. Bo część z nich była jak z komedii, a część jak z horroru. Opiszę tylko 2 najjaskrawsze i najbardziej skrajne przypadki, ale są one symptomatyczne i rzutujące na postrzeganie pracodawców.

Przypadek pierwszy. Komik, który nie był śmieszny.

Pierwszy raz w życiu spotkałem tak skrajnie wyluzowanego rekrutera. Był nim kierownik działu, do którego szukają pracownika. Pan kierownik podczas rozmowy ciągle miał założoną nogę na nogę, prawie leżał na krześle (bałem się, że zaraz z niego spadnie), do tego miał mocno rozpiętą koszulę (ciekawe co na to kobiety, z którymi prowadził rozmowę po mnie). Niestety, jego wygląd zewnętrzny mocno współgrał z poziomem merytorycznym. Zamiast rozmawiać o moim doświadczeniu zawodowym albo o obowiązkach służbowych na stanowisku, na które aplikowałem, rekruter pytał o to jak mi się mieszka w dzielnicy, czym dojeżdżam do pracy, a nawet o to, czy mam rodzeństwo!

Przypadek drugi. Służbista do kwadratu.

Pierwszy raz w życiu spotkałem takiego służbistę wśród rekruterów. Zero uśmiechu na twarzy. Nie podał mi ręki na powitanie ani na zakończenie rozmowy (co jest standardem na tego typu rozmowach), musiałem się nawet zapytać, czy mogę w ogóle usiąść na krześle. Pan przesłuchujący zadał mi dziesiątki pytań. Zdarzało się, że nie zdążyłem odpowiedzieć na jedno pytanie, a on już zadawał kolejne. Ucinał moje zdania w połowie. Gdy ja chciałem zadać jakieś pytanie, mówił, że teraz on pyta, a ja będę miał czas na końcu rozmowy. Nadużyciem byłoby powiedzenie, że czułem się jak na przesłuchaniu przez policję polityczną. Ale śmiało mogę powiedzieć, że żadna spowiedź w konfesjonale ani żadne przepytywanie przez nauczyciela w szkole nie odbywało się w ten sposób. I fakt, że ten rekruter jest dyrektorem firmy wcale nie usprawiedliwia jego zachowania..

11 maja 2018

Straszenie kleszczami. Czy akurat w tej sprawie media mają rację?

Jestem bardzo ostrożny, jeśli chodzi o medialny przekaz. Bo wszystkie media manipulują. Nieważne, czy są państwowe czy prywatne, prawicowe czy lewicowe. Kłamią wszystkie, tylko jedne robią to bardziej subtelnie, a inne wręcz chamsko i ordynarnie.
Jestem raczej odporny na medialne gierki i przedstawienia, ale czasami daję się porwać zbiorowej paranoi. Media już od kilku lat straszą kleszczami. Do tej pory byłem na to odporny. Nie bałem się wchodzić na drzewa, leżeć na łące czy chodzić godzinami po lasach. Ale w tym roku ogarnęła mnie obsesja na punkcie kleszczy. Boję się kłaść na trawie, zrywać owoce z drzewa czy wchodzić w krzaki. Nie ukrywam, że utrudnia mi to codzienne funkcjonowanie. Zastanawiam się jak radzą sobie z tym problemem żołnierze, leśnicy czy drwale.

Czy kogoś z Was ugryzł kleszcz? Czy chorowaliście na jakąś chorobę wywołaną przez kleszcze?

8 kwietnia 2018

Praca w call center - zabijanie duszy

Pracowałem kiedyś w call center. Wytrzymałem tam tylko (a raczej aż) 5 miesięcy i wcale nie byłem odosobnionym przypadkiem. Rotacja w tego rodzaju firmach jest ogromna. Świadczy o tym fakt, że w ciągu tych 5 miesięcy z łącznej liczby 30 pracowników odeszło aż 11, a na ich miejsce przyszło 11 nowych konsultantów. Rotacja w stosunku do ogółu pracowników wyniosła więc aż 37%! W administracji samorządowej albo nawet w sklepach spożywczych taka sytuacja jest nie do pojęcia.

Co jest przyczyną tak ogromnej rotacji pracowników?

Po pierwsze, praca na umowie-zleceniu i brak dodatkowych świadczeń socjalnych. W tej firmie nie ma prywatnego pakietu medycznego ani karty sportowej dla pracowników. Nie wspomnę już o takich luksusach jak trzynastka czy wczasy pod gruszą, które są standardem w wielu firmach i instytucjach. 

Po drugie, warunki pracy. Przebywanie przez 8 godzin dziennie w drewnianym boksie, przed ekranem monitora i ze słuchawkami na uszach nie wpływa zbyt korzystnie na zdrowie psychiczne i somatyczne. A jeśli dodamy do tego dziesiątki rozmów dziennie, często z niekulturalnymi albo wręcz chamskimi klientami i kierownika siedzącego za plecami, który nigdy nie jest zadowolony z ilości umów sprzedanych klientom przez konsultantów, to sytuacja staje się naprawdę tragiczna.

Po trzecie, wynagrodzenie. Bo jeśli pracuje się 160 godzin miesięcznie, sprzedaje się sporo umów, traci się sporo nerwów, a na koncie pojawia się kwota, która łącznie z premiami wynosi 2.000 zł, to można się naprawdę załamać. Albo zmienić pracę.

2 marca 2018

5 lat blogu! Nie wierzę..

Tak, to już aż 5 lat. Pół dekady. Aż nie chce mi się wierzyć, że tak długo piszę ten blog. W głowie mam tysiące refleksji o tym moim "dziecku". Spróbuję trochę je usystematyzować.

Pierwsza myśl to smutek. Smutne, że czas tak szybko leci. Wręcz zapierdala. Smutne, że już go nie cofniemy, nie wykorzystamy go lepiej, nie naprawimy błędów, nie nauczymy się nowych rzeczy.

Kolejna myśl to radość. Radość, bo dzięki temu blogowi poznałem wielu naprawdę niesamowitych ludzi. Każdy ma inny charakter, inne talenty, od każdego można nauczyć się czegoś pozytywnego.

Te 5 lat obecności w blogosferze nauczyło mnie też tolerancji. Tak, to jest paradoksalne, bo przecież internet pełen jest jadu i bezinteresownej nienawiści wylewanych nie tylko przez hejterów. Blogi też nie są wolne od tych zjawisk. Ale gdy zaczynałem pisać ten blog, byłem o wiele bardziej radykalny niż obecnie. Wtedy myślałem o ludziach w czarno-białych kolorach, w systemie zero-jedynkowym. Dzisiaj wiem, że wiele spraw jest nieoczywistych, wiele zjawisk ma drugie dno, a ludzi nie można zaszufladkować.

Dziękuję.

12 stycznia 2018

Jakie macie pasje?

Moją największą pasją jest czytanie książek. Ta pasja trwa już kilkanaście lat i myślę, że nigdy się nie skończy. W końcu nawet osiedlowe i dzielnicowe biblioteki oferuję setki ciekawych i nowych książek. Dzięki temu mogę czytać kilkadziesiąt pozycji rocznie.
 
Kolejną pasją jest aktywność fizyczna. Lubię spacerować, lubię jeździć na rowerze, lubię ćwiczyć w klubie fitness. Miałem też kilkumiesięczny epizod, gdy chodziłem regularnie na basen, ale pływanie jest dla mnie zbyt monotonne. Miałem kilkumiesięczny epizod biegania, ale doznałem kontuzji i musiałem z bólem zrezygnować.
 
Moją niespełnioną pasją jest podróżowanie. Marzę o podróżach zarówno bliskich, jak i dalekich. Z różnych powodów ta pasja jest tylko w sferze marzeń i planów na przyszłość. Mam nadzieję, że najbliższą przyszłość.
 
A jakie są Wasze pasje?

31 grudnia 2017

Podsumowanie 2017 roku. Plany na 2018

Nie lubię robić podsumowań roku. Bo każdy Sylwester przybliża do wnętrza złowieszczo pojemnej ziemi. Ale na moim blogu podsumowanie roku to już kilkuletnia tradycja, dlatego spełniam swój obowiązek.

W 2017 roku przeczytałem aż 79 książek. Nie wiem, ile średnio czytałem przed 2015 rokiem (od tamtego roku zacząłem zapisywać przeczytane książki), ale z pewnością jest to mój rekord czytelniczy. Sam jestem zaskoczony tak dużą liczbą książek. Sama ilość nie jest jednak obiektywna, bo jest ogromna różnica między tomikiem zawierającym 40 wierszy a 500-stronną powieścią napisaną małą czcionką. Na mojej liście są zarówno niewielkie tomiki poetyckie, jak i pozycje prozy sporych rozmiarów.

Zawsze jest tak, że coś odbywa się kosztem czegoś. Zawsze. W 2017 roku przeczytałem rekordową liczbę książek, ale z kolei na blogu pojawiło się rekordowo mało postów. 
Przez pierwsze kilkadziesiąt miesięcy blog był moją największą pasją. Nie mogłem bez niego żyć. Teraz dalej go lubię, ale jesteśmy trochę jak długoletnie małżeństwo. Brakuje tego ognia.

Jakie mam plany na 2018 rok?

Jednym z głównych planów jest nauczenie się angielskiego, tak żeby swobodniej się nim posługiwać. Miałem angielski w liceum i na początku studiów, ale uczyłem się go tylko na tyle, by dostać określoną ocenę i zaliczyć następny semestr. Teraz tego żałuję.
Nie pracowałem nigdy za granicą, a to też ma ogromne znaczenie w posługiwaniu się obcym językiem. Mam spore zaległości, ale postaram się je nadrobić. Wtedy mógłbym starać się o lepszą pracę, co byłoby kolejnym celem na przyszły rok.

Życzę Wam wszystkim realizacji marzeń w nowym roku :)

20 grudnia 2017

Praca w korpo, czyli współczesne niewolnictwo

Pracowałem kiedyś w korporacji. Na początku wydawało mi się, że jest to praca marzeń. Ściśle określony czas pracy, od poniedziałku do piątku, od 8.00 do 16.00, wszystkie weekendy wolne. Pensja co prawda tylko 1.500 zł na miesiąc, ale szefowie zapewniali, że premie za dobre wyniki wynoszą nawet 3.000 zł na rękę miesięcznie. Nie ukrywam, że byłem tym mocno podjarany.

Już po kilku dniach pracy przeżyłem brutalne zderzenie z rzeczywistością. Podczas rozmów z innymi pracownikami dowiedziałem się, że wysokie premie rzeczywiście są osiągalne, ale tylko w teorii. Bo można obsługiwać klientów na bardzo wysokim poziomie, ale nie wyrobić miesięcznej normy sprzedaży i już jest po premii. Albo odwrotnie - można robić świetne wyniki sprzedażowe za kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, ale dostać minusy za złą jakość rozmów telefonicznych i też nie dostaniemy premii. Najgorsze jest to, że możemy stracić premię za zbyt małą ilość rozmów telefonicznych i wysłanych mejlów w danym miesiącu. Czyli tak naprawdę premię można stracić za wszystko.

Gdy dowiedziałem się jak wygląda system premiowy w tej firmie, moja motywacja spadła prawie do zera. Ale okazało się, że może być jeszcze gorzej. Dla mnie najgorsze było korporacyjne słowo "asap" (as soon as possible). Chociaż ani razu nie było ono użyte wprost, to atmosfera w budynku była nim przepełniona. To niewypowiadane słowo było gorsze od dymu tytoniowego, który wypełniał komunistyczne fabryki i urzędy. Od tego niewypowiadanego słowa robiło mi się niedobrze.
Bo jak wytłumaczyć to, że szef wysyła "bardzo ważne mejle" z "bardzo ważnymi zadaniami" do wykonania. I tak kilka razy dziennie. Oczywiście zadania trzeba wykonywać bez zbędnej zwłoki i meldować szefowi o ich efektach. Oczywiście wykonując te jakże ważne zadania, nie można zaniedbywać swoich podstawowych obowiązków. Bo jeśli wykonamy zbyt małą ilość telefonów albo wyślemy za mało mejlów, to pod koniec dnia pracy szef poinformuje nas o tym w mejlu. Napisze, że powinniśmy się wstydzić takich wyników.
Towarzysz Stalin mawiał, że kontrola jest najwyższą formą zaufania. Widocznie to zdanie jest mottem wielu dyrektorów i kierowników w korporacjach.