9 listopada 2018

Jak podróżować, mając kilkuletnie dziecko i pracę na etat?

Przeglądając internet, widzę, że podróżują nie tylko osoby samotne albo bezdzietne pary, ale często także rodziny z kilkuletnimi albo nawet kilkumiesięcznymi dziećmi. I to nie tylko po Polsce, ale po Europie albo nawet po Azji czy Afryce.

Kiedyś myślałem, że trzeba sporo zarabiać, żeby móc podróżować. Ale czasy się zmieniły. Dziś możemy wsiąść w samochód w Łodzi i bez żadnych kontroli przejechać przez Polskę, Niemcy, Francję, Hiszpanię i Portugalię do Lizbony. Jeszcze kilkanaście lat temu taka sytuacja przekraczała wyobraźnię. Podróżowanie w ostatnich latach stało się też znacznie tańsze. Kupując bilet kilka miesięcy przed datą podróży, możemy przejechać autokarem z Gdańska do Rzeszowa za 20 zł, pociągiem z Warszawy do Gdyni za 30 zł albo polecieć samolotem z Wrocławia do Gdańska za 40 zł czy z Warszawy do Londynu za 50 zł.
Koszt podróży często nie stanowi więc problemu. Zastanawia mnie jednak co innego. Nie każdy podróżnik jest programistą i nie dość, że dużo zarabia, to jeszcze może pracować zdalnie z każdego miejsca na świecie z dostępem do internetu. Z pewnością na dalekie podróże mogą sobie pozwolić przedstawiciele dobrze opłacanych zawodów jak lekarze czy prawnicy. Ale lekarz nie może przebadać pacjenta za pośrednictwem mediów społecznościowych, a adwokat nie może uczestniczyć w rozprawie leżąc na plaży. Natomiast ich dzieci chodzą do przedszkola albo szkoły.

W takim razie co sprawia, że niektóre rodziny mogą sobie pozwolić, by podróżować po świecie przez kilka miesięcy w roku?

13 września 2018

Bo w życiu najważniejsze są polubienia i komentarze pod zdjęciami

W mediach społecznościowych pełno jest kobiet chwalących się swoim dużym biustem i facetów pokazujących swój kaloryfer na brzuchu. Pełno jest fotek z egzotycznych wakacji i zdjęć uśmiechniętych, czasami umorusanych dzieci.

Dlaczego ludzie to robią?

Tylko niewielka część internautów zarabia na prowadzeniu blogu albo na codziennej obecności na portalach społecznościowych. Zrozumiałe jest, że tacy ludzie poświęcają wiele godzin dziennie na ćwiczenia, robienie makijażu czy obrabianie zdjęć. Ale co ze zdecydowaną większością społeczeństwa, dla której internet jest formą rozrywki i zdobywania informacji?

Na pewno bardzo silnym motywatorem jest wywoływanie zazdrości. Bo nie ma co ukrywać, że lubimy, gdy inni zazdroszczą nam słonecznych i ekskluzywnych wakacji, świetnej sylwetki czy zdrowych i uzdolnionych dzieci. Lubimy, gdy inni nas podziwiają. Lubimy też, gdy inni nas lubią albo przynajmniej udają, że nas lubią. Czasami jesteśmy próżni i narcystyczni, chociaż mało kto do tego się przyznaje. To wszystko jest trochę śmieszne, trochę smutne. Większość z nas w ten czy inny sposób bierze udział w tym szaleństwie. Niektórzy dla dobrego zdjęcia, na przykład w górach nad przepaścią, są w stanie poświęcić życie..

15 sierpnia 2018

Śmierć Tomasza Jędrzejaka. Nie potrafię tego pojąć..

Strasznie trudno pisać mi ten post. Oglądam różne dyscypliny sportowe, w tym żużel, ale ta śmierć wstrząsnęła mną z innego powodu. Jestem w szoku, bo samobójstwo popełnił (tak przynajmniej podaje większość mediów) facet, który miał żonę, dzieci, dom, pieniądze. Do tego był spełniony zawodowo, w końcu był indywidualnym mistrzem Polski na żużlu. Najbardziej szokuje mnie, że dosłownie dzień przed śmiercią był jednym z najlepszych zawodników w meczu żużlowym, w ostatnich dniach przed odejściem publikował też wpisy i zdjęcia na portalach społecznościowych..
Wstrząsnęła mną śmierć Anny Przybylskiej, która zmarła na raka trzustki w wieku 35 lat i Jana Kaczkowskiego, który zmarł na glejaka mózgu w wieku 38 lat. Nie potrafię ogarnąć bólu i rozpaczy rodziców, których kilkuletnie dzieci chorują na raka albo inne poważne choroby. Współczuję ludziom, których bliscy zmarli śmiercią tragiczną. Ale w przypadku Tomasza Jędrzejaka moja cała wiedza psychologiczna, którą zdobyłem podczas wizyt u psychologa albo na studiach, jest gówno warta. Ta sytuacja jest nie do pojęcia.. 

21 lipca 2018

Czy można przeżyć tydzień bez smartfonu?

Jedną z moich największych pasji jest czytanie książek. Przeważnie czytam jedną książkę tygodniowo, czasami nawet dwie. Ale zdarza się, że z powodu natłoku obowiązków nie czytam nic przez kilka tygodni albo nawet miesięcy.
Inną moją pasją, choć trochę mniejszą, jest aktywność fizyczna (bo najbardziej to lubię leżeć na łóżku). Od kilku lat staram się ruszać przynajmniej 2-3 razy w tygodniu. W zależności od mojej kondycji fizycznej i psychicznej uprawiałem różne rodzaje sportu. Kiedyś było to bieganie, ale doznałem kontuzji, więc przerzuciłem się na pływanie, które z kolei było dla mnie zbyt monotonne i nudne. Od kilkunastu miesięcy chodzę do klubu fitness i na razie mi się nie znudziło.
W przeciwieństwie do czytania książek, do aktywności fizycznej muszę się czasami zmuszać. Bo strasznie ciężko szło się na basen, gdy na zewnątrz nie dość, że było ciemno, to na dodatek temperatura wynosiła minus 10 stopni Celsjusza. Strasznie ciężko biegło się pod górę, gdy pot i deszcz zalewały oczy, a wiatr ciskał w twarz śmieci i liście.

Plagą dzisiejszych czasów są wszechobecne smartfony. W autobusach, w samochodach, na chodnikach, w urzędach, w świątyniach, w pracy, w domu, na plaży, w górach. Ba, nawet przedszkolacy z nich korzystają, a dzieci w podstawówce marzą, by dostać na komunię najnowszy smartfon. Najlepiej wodoodporny. 
Nie korzystam ze smartfonu, gdy kieruję samochodem, rzadko używam go, gdy jadę autobusem, staram się nie używać go w sklepach czy urzędach. Ale czy potrafiłbym przeżyć tydzień bez smartfonu? Byłoby strasznie ciężko..

29 maja 2018

Rozmowy kwalifikacyjne. Moje śmieszne i straszne przypadki.

Wykorzystując fakt, że bezrobocie w Polsce jest najniższe od 27 lat i mamy (podobno) rynek pracownika, w ostatnich miesiącach wysłałem sporo CV do pracodawców, byłem też na kilku rozmowach kwalifikacyjnych. Nie napinam się jakoś strasznie mocno na zmianę pracy, ale badam rynek, licząc, że może akurat uda mi się znaleźć coś satysfakcjonującego przynajmniej pod kątem zarobków. Niestety, pracodawcy często zachowują się tak jakby mogli przebierać wśród potencjalnych pracowników i jakby trzeba było im dziękować, że w ogóle płacą za wykonywaną pracę. Ale w tym poście skupię się tylko na rozmowach kwalifikacyjnych. Bo część z nich była jak z komedii, a część jak z horroru. Opiszę tylko 2 najjaskrawsze i najbardziej skrajne przypadki, ale są one symptomatyczne i rzutujące na postrzeganie pracodawców.

Przypadek pierwszy. Komik, który nie był śmieszny.

Pierwszy raz w życiu spotkałem tak skrajnie wyluzowanego rekrutera. Był nim kierownik działu, do którego szukają pracownika. Pan kierownik podczas rozmowy ciągle miał założoną nogę na nogę, prawie leżał na krześle (bałem się, że zaraz z niego spadnie), do tego miał mocno rozpiętą koszulę (ciekawe co na to kobiety, z którymi prowadził rozmowę po mnie). Niestety, jego wygląd zewnętrzny mocno współgrał z poziomem merytorycznym. Zamiast rozmawiać o moim doświadczeniu zawodowym albo o obowiązkach służbowych na stanowisku, na które aplikowałem, rekruter pytał o to jak mi się mieszka w dzielnicy, czym dojeżdżam do pracy, a nawet o to, czy mam rodzeństwo!

Przypadek drugi. Służbista do kwadratu.

Pierwszy raz w życiu spotkałem takiego służbistę wśród rekruterów. Zero uśmiechu na twarzy. Nie podał mi ręki na powitanie ani na zakończenie rozmowy (co jest standardem na tego typu rozmowach), musiałem się nawet zapytać, czy mogę w ogóle usiąść na krześle. Pan przesłuchujący zadał mi dziesiątki pytań. Zdarzało się, że nie zdążyłem odpowiedzieć na jedno pytanie, a on już zadawał kolejne. Ucinał moje zdania w połowie. Gdy ja chciałem zadać jakieś pytanie, mówił, że teraz on pyta, a ja będę miał czas na końcu rozmowy. Nadużyciem byłoby powiedzenie, że czułem się jak na przesłuchaniu przez policję polityczną. Ale śmiało mogę powiedzieć, że żadna spowiedź w konfesjonale ani żadne przepytywanie przez nauczyciela w szkole nie odbywało się w ten sposób. I fakt, że ten rekruter jest dyrektorem firmy wcale nie usprawiedliwia jego zachowania..

11 maja 2018

Straszenie kleszczami. Czy akurat w tej sprawie media mają rację?

Jestem bardzo ostrożny, jeśli chodzi o medialny przekaz. Bo wszystkie media manipulują. Nieważne, czy są państwowe czy prywatne, prawicowe czy lewicowe. Kłamią wszystkie, tylko jedne robią to bardziej subtelnie, a inne wręcz chamsko i ordynarnie.
Jestem raczej odporny na medialne gierki i przedstawienia, ale czasami daję się porwać zbiorowej paranoi. Media już od kilku lat straszą kleszczami. Do tej pory byłem na to odporny. Nie bałem się wchodzić na drzewa, leżeć na łące czy chodzić godzinami po lasach. Ale w tym roku ogarnęła mnie obsesja na punkcie kleszczy. Boję się kłaść na trawie, zrywać owoce z drzewa czy wchodzić w krzaki. Nie ukrywam, że utrudnia mi to codzienne funkcjonowanie. Zastanawiam się jak radzą sobie z tym problemem żołnierze, leśnicy czy drwale.

Czy kogoś z Was ugryzł kleszcz? Czy chorowaliście na jakąś chorobę wywołaną przez kleszcze?

8 kwietnia 2018

Praca w call center - zabijanie duszy

Pracowałem kiedyś w call center. Wytrzymałem tam tylko (a raczej aż) 5 miesięcy i wcale nie byłem odosobnionym przypadkiem. Rotacja w tego rodzaju firmach jest ogromna. Świadczy o tym fakt, że w ciągu tych 5 miesięcy z łącznej liczby 30 pracowników odeszło aż 11, a na ich miejsce przyszło 11 nowych konsultantów. Rotacja w stosunku do ogółu pracowników wyniosła więc aż 37%! W administracji samorządowej albo nawet w sklepach spożywczych taka sytuacja jest nie do pojęcia.

Co jest przyczyną tak ogromnej rotacji pracowników?

Po pierwsze, praca na umowie-zleceniu i brak dodatkowych świadczeń socjalnych. W tej firmie nie ma prywatnego pakietu medycznego ani karty sportowej dla pracowników. Nie wspomnę już o takich luksusach jak trzynastka czy wczasy pod gruszą, które są standardem w wielu firmach i instytucjach. 

Po drugie, warunki pracy. Przebywanie przez 8 godzin dziennie w drewnianym boksie, przed ekranem monitora i ze słuchawkami na uszach nie wpływa zbyt korzystnie na zdrowie psychiczne i somatyczne. A jeśli dodamy do tego dziesiątki rozmów dziennie, często z niekulturalnymi albo wręcz chamskimi klientami i kierownika siedzącego za plecami, który nigdy nie jest zadowolony z ilości umów sprzedanych klientom przez konsultantów, to sytuacja staje się naprawdę tragiczna.

Po trzecie, wynagrodzenie. Bo jeśli pracuje się 160 godzin miesięcznie, sprzedaje się sporo umów, traci się sporo nerwów, a na koncie pojawia się kwota, która łącznie z premiami wynosi 2.000 zł, to można się naprawdę załamać. Albo zmienić pracę.