17 lutego 2017

Pomoc dla DDA

Kiedy zakładałem ten blog, nie myślałem, że moje pisanie będzie miało na celu jakąś misję. Piszę go głównie z egoistycznych pobudek, czyli dla samego siebie. Ale czasami czuję, że muszę napisać coś dla innych. Nie dla stałych czytelników, których bardzo cenię, ale dla osób, które być może zaglądną tu tylko raz albo kilka razy. I którym może to w jakikolwiek sposób pomóc.

Dziś poruszę temat, który dotyczy milionów ludzi w Polsce. Tak, milionów, chociaż to trudne do uwierzenia. Jestem dorosłym dzieckiem alkoholika, chociaż mój stosunek do tego faktu jest bardzo ambiwalentny. Kiedyś mocno się tego wstydziłem, nawet w myślach nie chciałem przyznać, że mam taki problem. Później, gdy zacząłem chodzić na grupę samopomocową DDA, byłem dumny z tego, że pracuję nad sobą, że otwieram się przed innymi, że przełamuję swój wstyd i strach i mówię o swoich bolesnych przeżyciach. Obecnie mam świadomość, że jestem DDA, ale nie definiuje to mojego życia.

Niedawno odbyłem interesującą rozmowę ze znajomą, która jest DDA i od kilku miesięcy uczęszcza na spotkania w zamkniętej grupie terapeutycznej. Owa znajoma przez długi czas próbowała mnie przekonać, że fakt, iż jestem dorosłym dzieckiem alkoholika jest najważniejszy w moim życiu. A ja pytałem jej: A dlaczego najważniejsza nie jest moja płeć, albo narodowość, albo znak zodiaku, albo światopogląd religijny, albo orientacja seksualna?

Kiedyś byłem na spotkaniu grupy AA. Moją uwagę przykuł facet niepijący od 13 lat, który ciągle chwalił się tym faktem. Prawie w każdym zdaniu podkreślał, że nie pije od 13 lat. Na pewno jest to ogromne osiągnięcie wymagające wielu wyrzeczeń, ale strasznie irytowało mnie to ciągłe przechwalanie się. Poza tym ów niepijący alkoholik z rozrzewnieniem wspominał jak mając kilka promili we krwi jeździł samochodem, jak spał pod gołym niebem, jak sprzedawał sprzęty z domu rodzinnego, by mieć na wódkę. Miałem wrażenie, że z chęcią, by wrócił do tamtych czasów.

Przedstawiłem te dwa przykłady, by pokazać, że fanatyzm w każdym wydaniu jest szkodliwy i strasznie zawęża horyzonty myślenia. 
Ale miało być o pomocy dla ludzi, którzy są DDA. Opiszę więc swoje doświadczenia i co mi pomogło. Po pierwsze-chodziłem do psychologa. Po drugie-chodziłem na grupę samopomocową DDA. Po trzecie-podczas studiów miałem zajęcia z psychologii. Po czwarte-czytałem blogi i książki o tematyce alkoholizmu.

A teraz kilka słów dla ludzi, którzy są DDA, ale boją się pójść do psychologa lub na grupę DDA. Warto szukać dobrego terapeuty. Ja znalazłem dobrego psychologa na NFZ, który sporo mi pomógł, ale wcześniej byłem u dwóch specjalistów, którzy zupełnie olewali swoją pracę, więc po kilku wizytach zrezygnowałem z ich usług.
Jeśli chodzi o grupy DDA, to są grupy zamknięte, przeważnie kilkuosobowe, w których pracuje się bardzo głęboko i grupy otwarte, przeważnie do 12 osób, do których można dołączyć w dowolnym czasie. W każdym większym mieście jest przynajmniej jedna grupa otwarta (samopomocowa) DDA.
Grupy DDA także są różne. Mnie najbardziej wkurzało to, że osoba prowadząca zbyt często mówiła o religii i trochę narzucała innym swój światopogląd, a grupy samopomocowe z założenia są świeckie, bezpartyjne i niekomercyjne.

Na pewno można być niepijącym alkoholikiem, nie chodząc do terapeuty lub na grupę AA. Na pewno można być zdrowym psychicznie DDA, nie chodząc do psychologa lub na spotkania grupowe. Ale samemu jest tysiąc razy trudniej.

11 lutego 2017

Praca w nocy-czarna rozpacz?

W swoim życiu pracowałem nocami tylko przez kilka tygodni. W czasie wakacji chciałem coś zarobić, bo studiowałem dziennie i nie miałem żadnego źródła dochodu. Pracowałem wtedy w fabryce i bardzo niemiło wspominam ten czas. Praca na zmiany dzienne i nocne, a moja miesięczna wypłata nie przekraczała 1200 zł. Tragedia. 
Oprócz niskiej pensji wkurzało mnie też to, że praca w nocy rozregulowywała zupełnie  mój rytm dnia, szczególnie rytm snu i pory jedzenia.
Gdybym miał obecnie pracować na nocne zmiany, musiałoby się to wiązać z dużo wyższymi zarobkami, które i tak nie są w stanie zrekompensować szkód zdrowotnych nocnej pracy.
Najsmutniejsze jest to, że często nocami pracują ludzie, którzy dostają za swoją pracę zbyt mało. Na przykład pielęgniarki zarabiające 2.000 zł miesięcznie albo ochroniarze, którzy dostają 1.500. 

5 lutego 2017

Dlaczego czytanie książek jest niebezpieczne


Jeszcze na początku liceum nie czytałem prawie w ogóle książek. Nawet lektur szkolnych. Wolałem czytać streszczenia. Dopiero w połowie szkoły średniej wszystko się zmieniło. Zmusiłem się, by przeczytać lekturę. Byli to "Ludzie bezdomni" Stefana Żeromskiego. Ta książka tak mi się spodobała, że zacząłem czytać inne lektury szkolne. 
Co nie znaczy, że wszystkie przypadły mi do gustu. Do dzisiaj nie przepadam za utworami naszego noblisty Henryka Sienkiewicza albo naszego narodowego wieszcza Adama Mickiewicza, chociaż bardzo lubię poezję. 
Oprócz "Ludzi bezdomnych" było też kilka innych lektur szkolnych, które zachęciły mnie do regularnego czytania. Na przykład "Zbrodnia i kara" Fiodora Dostojewskiego albo wiersze Tadeusza Różewicza. Dzięki temu moja przygoda z książkami trwa do dziś, a rocznie czytam ich kilkadziesiąt.

Odkąd zacząłem dużo czytać, czułem się z tego dumny, a może nawet lepszy od wielu rówieśników, którzy śmiali się z ludzi czytających książki, bo sami marnowali czas na granie w gry komputerowe albo picie piwa w lokalach. 
Przez wiele lat uważałem, że czytanie książek przynosi człowiekowi same korzyści i nie powoduje żadnych skutków ubocznych. Dopiero w ostatnim czasie uświadomiłem sobie, że czytanie może być niebezpieczne. Bo spędzanie kilku godzin dziennie na czytaniu książek może zniszczyć relacje z bliskimi, sprawić, że ciało obrośnie tłuszczem, a mieszkanie pokryje się grubą warstwą kurzu.

29 stycznia 2017

Czy warto dojeżdżać daleko do pracy?

Zawsze starałem się, żeby moje miejsce pracy było niedaleko miejsca zamieszkania. Po prostu nie przepadam za wczesnym wstawaniem, nie lubię też stać w korkach i marnować bezcennego czasu i pieniędzy.
Kiedyś dojeżdżałem do pracy 20 kilometrów, ale trwało to tylko kilka miesięcy. Przeważnie moje miejsca pracy były oddalone od mieszkania do 5 kilometrów. Dzięki temu mogłem jeździć rowerem albo komunikacją miejską. W ten sposób nie dość, że oszczędzałem spore pieniądze, które wydałbym na paliwo, to jeszcze dbałem o czyste powietrze, a na dodatek o swoje zdrowie i kondycję. Coś pięknego.

Co mogłoby mnie skłonić do pracy daleko od miejsca zamieszkania?
Nie będę oryginalny, ale na pewno głównym czynnikiem byłyby pieniądze. Musiałbym zarabiać przynajmniej kilkaset złotych więcej niż teraz. 
Na pewno bardzo ważne byłyby też godziny pracy. Bo nie uśmiechałoby mi się wstawać o 4 rano albo wracać do mieszkania tuż przed północą.
Ważny też byłby stan dróg dojazdowych albo dostępność busów lub pociągów.

22 stycznia 2017

Czy można żyć bez pracy?

Od czasu zrobienia licencjatu nie zdarzyło się, bym pozostawał bez pracy dłużej niż przez miesiąc. Jedne prace były gorsze, inne lepsze, ale nie wyobrażam sobie, żebym w ogóle nie pracował. 
Moja obecna praca nie sprawia mi zbyt dużej radości ani satysfakcji. Jest nawet źródłem frustracji z powodu wynagrodzenia zupełnie nieadekwatnego do poziomu stresu i odpowiedzialności. Wiem jednak, że bycie bezrobotnym byłoby dla mnie o wiele gorsze i niszczące wszystkie sfery życia.

Paradoksalne jest to, że im więcej robimy, tym więcej mamy energii i jesteśmy lepiej zorganizowani. Kiedy patrzę na niektórych swoich klientów, widzę, że brak pracy spowodował ich zupełną marginalizację społeczną. Siedzą godzinami z puszką dyskontowego piwa w dłoni, pośród dymu z ukraińskich papierosów i pogrążają się w czarnych myślach i zupełnym braku jakiejkolwiek aktywności. Tak mijają im całe lata. Lata wegetacji, a nie życia.
Kiedy czytam o znanych aktorach, którzy grają w serialach, filmach, teatrach, do tego biegają w maratonach, a poza tym spędzają czas z rodziną i działają charytatywnie, to aż nie chce się wierzyć, że doba ma tylko 24 godziny i nie można jej rozciągnąć.

Najlepiej znaleźć złoty środek. Pozostawanie bez pracy przez 5 lat na pewno nie jest dobrym rozwiązaniem. Ale dobrym rozwiązaniem nie jest też pracowanie 12 godzin na dobę w branży, która oferuje niskie wynagrodzenie i wysoki poziom stresu.
 

7 stycznia 2017

Dzień z życia człowieka leniwego

Jeszcze 5 lat temu mój przeciętny dzień wyglądał tak: wstawałem o 7:00, pracę rozpoczynałem o 8:00, a kończyłem o 16:00. Po pracy szybko wracałem do mieszkania, jadłem obiad (przygotowany wcześniej przez moją drugą połowę) i już przed 17:00 szedłem w kimę. Spałem przeważnie do 18:00. Następnie leniwie wstawałem do laptopa. Czasami nie chciało mi się nawet wstawać z sofy, więc leżałem dalej i czytałem książki. Albo obracałem tylko głowę, by za bardzo się nie przemęczać, i oglądałem telewizję. Oczywiście w pozycji leżącej.
Pewnie leżałbym tak aż do następnego ranka, gdyby nie to, że musiałem zrobić sobie kolację i się umyć. Ba, czasami myłem też naczynia. Czasami nawet wyrzucałem śmieci.

Na przestrzeni tych 5 lat mój przeciętny dzień zmienił się diametralnie. W sumie to ja go zmieniłem, chociaż przyznaję, że było bardzo ciężko stać się bardziej aktywnym. 
Wszystko zaczęło się od tego, że pewnego brzydkiego jak noc listopada postanowiłem zacząć się ruszać. Zacząłem regularnie chodzić na basen, a później do klubu fitness. Wiązało się to z tym, że siłą rzeczy musiałem ograniczyć popołudniowe drzemki. Bo jeśli szedłem pływać lub ćwiczyć na 18:00, to zwyczajnie nie miałem kiedy spać.
Aktywność fizyczna pociągnęła za sobą aktywność intelektualną. Co prawda już od połowy liceum czytałem po kilkadziesiąt książek rocznie, ale aż do 02.03.2013 roku byłem zbyt leniwy, by pisać coś prócz wierszy do szuflady.
Dlaczego akurat do 02.03.2013 roku? Bo wtedy założyłem ten blog. A później już poszło z górki :)

1 stycznia 2017

Co lubię w swojej pracy

Nie lubię w swojej pracy wielu rzeczy. Na przykład tego, że muszę chodzić do różnych mieszkań. Bardzo różnych mieszkań.
Nie jest źle, gdy natrafię na chmury dymu z tanich papierosów albo lepiącą się od brudu podłogę. Gorzej, gdy w mieszkaniu czai się agresywny pies. Albo agresywny, pijany klient.

Ale miało być o pozytywach. Dla mnie największym plusem jest to, że moja praca jest trochę "komunistyczna". Bo pracuję od poniedziałku do piątku od 8:00 do 16:00. Nie muszę zostawać za darmo po godzinach pracy albo pracować do 20:00 jak w wielu korporacjach. Nie pracuję też na śmieciówce, tylko na umowie o pracę. Wypłatę zawsze dostaję na czas, mam 26 dni urlopu. Ba, mogę nawet chodzić na zwolnienia lekarskie (sam tego nie robię, ale wiele osób bierze lewe zwolnienia lekarskie bez żadnych konsekwencji ze strony pracodawcy).

Moja pensja jest zupełnie nieadekwatna do ilości obowiązków i poziomu stresu, ale przynajmniej trochę rekompensują ją coroczne dodatki typu: trzynastka, wczasy pod gruszą czy odzieżówka. Kilka razy w roku mogę też skorzystać z tańszych biletów do kina lub teatru.

Ciekawi mnie jak wygląda to w korporacjach. Bo słyszałem, że niektóre firmy dają swoim pracownikom pieniądze z okazji mikołajek albo paczki dla dzieci z okazji urodzin czy świąt. Aż takich luksusów w mojej instytucji nigdy nie było.