10 sierpnia 2019

W końcu jestem zadowolony (prawie) z blogu

Gdy 2 marca 2013 roku zacząłem pisać ten blog, byłem pełen pomysłów na ciekawe tematy, pomysłów jak sprawić, by mój blog stał się znany. Ba, myślałem nawet, że kiedyś będę na nim zarabiał..

Minęło już ponad 6 lat (ale ten czas zapierdala). Pomysłów na posty bardzo mało. Samych postów bardzo mało w ostatnich miesiącach, a nawet latach. Nie zarobiłem na tym swoim "dziecku" ani złotówki..

Ale paradoksalnie od kilku miesięcy jestem z tego swojego niszowego blogu nawet zadowolony. Dlaczego? 
31 grudnia 2018 roku, w poście podsumowującym ubiegły rok, pisałem, że mój blog zarósł chwastami i tęsknię do czasów, gdy pod każdym moim postem pojawiało się 20-30 komentarzy. I co stało się w 2019 roku? Liczba komentarzy nagle wzrosła. Co prawda nie do 30, ale pod każdym postem jest ich przynajmniej kilkanaście. Czyli warto dalej pisać.

Nie mam już planów, by zarabiać na blogu. Nie obiecuję, że będę pisał często i regularnie. Nigdy nie napiszę kryminału ani powieści erotycznej. W życiu najlepiej sprzedaje się dobrze opakowane gówno, czyli seks i zbrodnia, a politycy, którzy się nienawidzą przed kamerami TV, po programie piją razem wódkę. Pogodziłem się już z tym.  
Będę pisał po swojemu, czyli trochę filozoficznie i socjologicznie. Cieszę się, że w ogóle ktoś czyta mój blog, że w ogóle ktoś pisze komentarze.
 

6 lipca 2019

Czy ktokolwiek lubi pracować na popołudniu?

Przez większość mojej pracy zawodowej pracowałem od 8.00 do 16.00 od poniedziałku do piątku. Jak dla mnie jest to idealne rozwiązanie. Kapitalne.
Ale przez kilka lat pracowałem w systemie zmianowym i w weekendy. Najbardziej nie lubiłem chodzenia do pracy na drugą zmianę. Gdy szedłem na 12.00, a kończyłem o 20.00, to cały dzień miałem zjebany. Dlaczego?
Bo na przykład poranne bieganie albo ćwiczenia przed pracą nigdy nie sprawiały mi przyjemności. Co prawda nie rezygnowałem z aktywności, ale o wiele lepiej się biega, gdy ma się świadomość, że za kilkanaście minut wróci się do domu i weźmie zimny prysznic, a nie, że wróci się do domu, weźmie zimny prysznic i pójdzie na 8 godzin do pracy.
Podobnie jest z załatwianiem spraw urzędowych czy pójściem do przychodni. Gdy idzie się przed pracą wymienić dowód osobisty albo na wizytę lekarską, to nigdy nie wiadomo, czy nie trzeba będzie zrezygnować i biec, by nie spóźnić się na swoją zmianę.

Nie znam nikogo, kto lubi pracować na drugą zmianę. Chociaż nie, mam jednego znajomego, który uwielbia pracować popołudniami. Z tego powodu on jest uwielbiany przez koleżanki i kolegów z pracy. Dlaczego to robi?
Bo jest zajebiście leniwy. Nie ma dzieci, uwielbia pić piwo i grać na laptopie. Ma bardzo wyrozumiałą żonę, nie musi więc nawet myć naczyń ani wynosić śmieci. Lubi długo pospać. Co jest główną przyczyną tego, że codziennie pracuje od 12.00 do 20.00. Nie muszę chyba wspominać, że uwielbiają go też szefowie firmy, w której jest zatrudniony.

15 czerwca 2019

Czy warto mieć dzieci?

Na świecie pojawia się nowy człowiek, stworzony przez ciebie. Tysiące rzeczy zmieniają się diametralnie i bezpowrotnie. Pojawiają się tysiące radości. Ale też tysiące zmartwień.

Choroby (wyimaginowane i prawdziwe). Tysiące chorób. Przeziębienia, alergie, zapalenia oskrzeli, zapalenia płuc, pneumokoki, rotawirusy, anginy. Strach przed złapaniem kleszcza i boreliozą. Strach przed chorobami wywoływanymi przez szczepienia.

Zwolnienia z pracy z powodu opieki nad chorymi dziećmi. Strach, że mogą wyrzucić z pracy, nie przedłużyć umowy, zabrać premie (i tak zabiorą).

Nieprzespane noce. Ciągły stres. Obniżona odporność. Brzydszy wygląd. Konieczność rezygnacji z niektórych pasji i aktywności. Kurwa, ile tego jest.

Ale chyba jednak warto. Nawet nie chyba. Na pewno warto. Po stokroć warto.

23 maja 2019

Jak pracować, mając kilkuletnie dziecko?

Kiedyś, gdy byłem jeszcze kawalerem, a później mężem z krótkim stażem, wręcz chlubiłem się tym, że nie chodzę na zwolnienia lekarskie. Dziwiłem się ludziom, którzy często brali zwolnienia na dzieci, a fachowo mówiąc - korzystali z zasiłku opiekuńczego. Wkurzało mnie to, bo ci, którzy nie brali w ogóle zwolnień (jak ja), musieli zastępować tych, którzy rzadko przychodzili do pracy. Mieliśmy więcej roboty, a nie było to w żaden sposób premiowane finansowo.

Moje myślenie zupełnie się zmieniło, gdy sam zostałem ojcem. Teraz to ja często korzystam z zasiłku opiekuńczego. Żona tak samo. I wcale nie wydaje mi się, że te 60 dni rocznie, przysługujące na opiekę nad chorymi dziećmi, to dużo.  Poza tym za zwolnienie na dziecko dostaje się tylko 80 % wynagrodzenia, często traci się też premie miesięczne czy kwartalne. A gdy wykorzysta się ten limit, to trzeba ratować się korzystaniem z 26 dni urlopu albo brać urlop bezpłatny. Jeśli posiada się umowę o pracę na stałe, to trzeba się martwić tylko złym humorem szefa, który musi zmieniać grafik, i złym humorem koleżanek i kolegów z pracy, którzy muszą nas zastępować. Natomiast jeśli pracujemy na umowie-zlecenie albo na umowie o pracę, ale na czas określony, to możemy być prawie pewni, że albo nas zwolnią albo nie przedłużą umowy..

Niektórzy mają ten komfort, że teściowie i rodzice mieszkają blisko, a do tego są na emeryturze, więc często zajmują się wnukami. Ale czasami jest też tak, że babcie i dziadkowie naszych dzieci już nie żyją albo są schorowani, albo jeszcze pracują zawodowo, albo mieszkają setki kilometrów od nas. 
Niektóre rodziny kombinują też tak, że jeden z rodziców bierze 500 plus i siedzi w domu z dziećmi, a drugi pracuje. Ale co wtedy z przyszłą emeryturą albo z wielką białą plamą w CV..

Strasznie trudny temat, który dotyczy milionów ludzi w Polsce, a tak rzadko się o tym mówi. Dla mnie jest to trudna sytuacja, dlatego tym bardziej chylę czoło przed samotnymi rodzicami, którzy to wszystko ogarniają.

25 kwietnia 2019

Moje doświadczenia z pracą na umowie zlecenie

Miałem kiedyś wątpliwą przyjemność pracować na umowie zlecenie. Mówią, że każde doświadczenie jest w życiu potrzebne. Częściowo się z tym zgadzam. Uważam, że krótkie okresy cierpienia są potrzebne, bo hartują psychikę i ciało. Ale gdy taki stan trwa zbyt długo, to po prostu wyniszcza organizm. 
Pracowałem na śmieciówce ponad rok. Ktoś powie, że to bardzo krótko. Na papierze rzeczywiście tak to wygląda, ale w rzeczywistości czułem się tak jakbym pracował w zawieszeniu przez kilka długich lat. Dlaczego tak się czułem?

Kiedy pracowałem w oparciu o umowę o pracę, mogłem wszystko zaplanować. W czasie wakacji brałem dwa tygodnie urlopu, za które otrzymywałem wczasy pod gruszą. Gdybym na umowie zlecenie wziął dwa tygodnie wolnego, to po prostu nie dostałbym wynagrodzenia za ten czas. Gdy pracowałem na zwykłej umowie, przysługiwało mi 26 dni urlopu. Na śmieciówce przysługiwało mi 0 dni urlopu na rok (słownie:zero). Poza tym, gdybym zachorował, to na etacie przysługuje mi 80% wynagrodzenia. Ktoś powie, że to wcale nie tak dużo. Ale na umowie zlecenie przez pierwsze trzy miesiące przysługiwało mi 0 złotych za zwolnienie lekarskie (słownie:zero). Kolejną przykrością było to, że mogłem zostać zwolniony z dnia na dzień. Byłem świadkiem, jak kilka moich koleżanek i kolegów z pracy dowiedziało się, że od jutra nie pracują, bo mieli słabe wyniki sprzedaży..

Oczywiście nie odradzam każdemu pracy na śmieciówce. Jeśli ktoś jest emerytem albo rencistą, to spokojnie może tak pracować. Jeśli ktoś jest studentem i chce dorobić podczas wakacji albo w weekendy, to również taka forma zatrudnienia jest jak najbardziej dla niego. Podobnie jest, gdy ktoś pracuje na etacie, a dodatkowe dorabia na umowie zlecenie. Ale w innych przypadkach nikomu nie polecam.

Na koniec wisienka na torcie. Dla mnie gorzka wisienka. Tylko raz w życiu złamałem rękę. I stało się to akurat, gdy pracowałem na umowie zlecenie. I akurat w czasie 3 pierwszych miesięcy, gdy nie przysługiwało mi ubezpieczenie chorobowe. Przez miesiąc zarobiłem więc 0 złotych.

16 marca 2019

Jak najmniej leków


Kiedy jestem przeziębiony, stosuję babcine metody. Biorę gorące kąpiele w wodzie z solą, jem sporo cebuli i czosnku, piję herbatę z miodem, robię inhalację z kropli (np. miętowych) nad miską, z której paruje gorąca woda.
Miałem kiedyś bardzo trudny czas w życiu. W domu ojciec alkoholik, a w szkole przemoc, której doświadczyłem na własnej skórze. Wszystko akurat w tym samym czasie. Byłem sam, zupełnie sam. Na szczęście mama zapisała mnie wtedy do psychologa. To była przełomowa sprawa w moim życiu. Psycholog proponował mi leki, ale mimo że czułem się fatalnie, to odmówiłem. Już jako nastolatek miałem świadomość skutków ubocznych.
Nie jestem jednak fanatykiem, sam przeszedłem wszystkie obowiązkowe szczepienia, naszą córkę również szczepimy. Chociaż nie ukrywam, że bałem się autyzmu i innych przykrych skutków ubocznych, którymi straszą ruchy antyszczepionkowe.

Nie chcę się wymądrzać, nie śmiałbym zniechęcać kogoś do brania psychotropów, gdy zmarła mu bliska osoba albo spalił się dom. Wiem, że często leki są po prostu niezbędne, na przykład przy zaawansowanej cukrzycy albo wysokim nadciśnieniu.
Ale wiem też, jakie przykre są skutki uboczne. Znam osoby, które przytyły nawet po kilkanaście kilogramów z powodu źle dobranych tabletek antykoncepcyjnych albo na alergię. Mam też znajomą, która już przed trzydziestką chorowała na cukrzycę i nadciśnienie. Powodem była otyłość. Znajoma zrzuciła niesamowitą liczbę kilogramów, bo prawie 50! Dzięki temu zarówno poziom cukru, jak i ciśnienia się wyrównał. Coś niesamowitego, bo tylko dzięki schudnięciu mogła odstawić tabletki. 
Warto więc sporo się ruszać, warto zdrowo się odżywiać, warto mieć kogoś, z kim możemy porozmawiać na trudne tematy. Zawsze możemy zachorować na raka albo umrzeć na zawał serca, ale jednak to jakieś 10% przypadku. Za 90% stanu zdrowia jesteśmy sami odpowiedzialni.